|
„Jeżeli partie rządowe uzyskały w wyborach zaledwie cztery fotele z 24 możliwych, to jedynie ślepy i głuchy nie może tego zauważyć.... Coś się powinno wydarzyć” Tymi słowami tuż po głosowaniu reagował prezydent Czech, Václav Klaus, w wywiadzie dla gazety Právo na unikatowe wręcz wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, w których koalicja trzech partii rządzących poniosła druzgocącą klęskę.
Premier a zarazem przewodniczący Socjaldemokracji, Vladimír Špidla, co prawda po wyborach przyznał porażkę, ale jednoznacznie dał do zrozumienia, iż „mała ilość foteli w europarlamencie nie kwestionuje mandatu obecnego rządu koalicyjnego” To przekonanie odnosiło się również do jego przywództwa partyjnego. Tak więc czeski premier przyjął porażkę wyborczą ze stoickim spokojem i z wnioskiem, że właściwie nic się nie stało i trzeba dalej robić swoje. Można powiedzieć, iż taka postawa nie odbiegała od standardów socjalistycznych (podobnie wypowiadał się polski prezydent – postkomunista).
Ni minęły nawet dwa tygodnie i ni stąd ni zowąd 26. czerwca Vladimír Špidla oznajmił, iż złoży dymisję – zapowiedź odnosiła się tak do funkcji premiera, jak i przewodniczącego partii. Premier utracił bowiem zaufanie własnej partii – na nadzwyczajnym posiedzeniu Centralnego Komitetu Wykonawczego, które frakcja premiera oddalała, doszło do głosowania, w którym co prawda dotychczasowy szef nie został wprost odwołany (zabrakło 5 głosów), ale poniósł klęskę w zderzeniu z wiceprzewodniczącym partii, ministrem spraw wewnętrznych S.Grossem. Špidla uznał, iż nie warto już prowadzić wojny okopowej i podjął męską decyzję – zrezygnował.
Socjaldemokracja – triumfatorka wyborów parlamentarnych w 2002 r. – w eurowyborach zajęła dopiero piąte miejsce. Także w sondażach partia regularnie traci – jest to konsekwencja nieudolnego sprawowania władzy. Uległość wobec brukselskich postulatów, quasi reformy – tak mniej więcej wygląda styl rządzenia w Pradze. Z tego wynika naturalnie także nie wywiązywanie się z populistycznych obietnic przedwyborczych. Wewnątrz partii nasilała się krytyka kierownictwa, najgłośniejszym oponentem Špidly był emerytowany polityk, były szef socjaldemokratów i eks premier Miloš Zeman. Ten emeryt od czasu do czasu zapraszał do swego domku w górach dziennikarzy i w wywiadach prasowych ostro atakował kierownictwo partii socjalistycznej, nie oszczędzając nawet Špidlę, którego sam ongiś namaścił na swojego następcę. Oskarżył go o zdradę programu i ideałów socjalistycznych. Zeman w ten sposób zaczął realizować swoja zemstę za nieudany come back – w 2003 roku miał zostać prezydentem, ale w wyborach spora cześć posłów i senatorów socjalistycznych (w Czechach głowę państwa wybiera Zgromadzenie Narodowe) jego kandydaturę nie poparła. Prezydentem został wówczas kandydat opozycji - Václav Klaus. Zemana „załatwili” właśnie ci socjaldemokraci, którzy należą do frakcji premiera Špidly.
Kryzys w partii kulminował właśnie po wyborach do europarlamentu. Zeman opuścił swój azyl w górach i dojechał nawet do Pragi na posiedzenie kierownictwa partyjnego, wcześniej wystąpił także na jednej konferencji powiatowej. To zmobilizowało jego zwolenników, tzn. jedną z pięciu (prawdopodobnie) frakcji wewnątrz stronnictwa.
Co dalej?
Człowiekiem nr 1 w socjaldemokracji stał się więc Stanislav Gross, jedyny polityk tej partii, który ciągle zdobywa sporo punktów w sondażach. Należy do najbardziej popularnych i lubianych polityków. Ten 37 letni zdolny (do wszystkiego) były maszynista najprawdopodobniej będzie nowym premierem – przynajmniej desygnowanym. Jego partia już mu to zadanie powierzyła. Konstytucja wprawdzie nie ogranicza prezydenta, ale zwyczaj jest taki, iż głowa państwa mianuje szefa najsilniejszej partii parlamentarnej a tą socjaldemokracja (formalnie) nadal jest. Opozycyjna Obywatelska Partia demokratyczna twierdzi, iż sytuacja dojrzała do tego stopnia, że trzeba po prostu rozpisać wybory przedterminowe, ale to najczystsze rozwiązanie wcale nie ma dużych szans na realizację. Nawet fakt, iż według ośrodka RCA Research aż 41 proc. obywateli Czech jest za takim rozwiązaniem(badanie z 23.6.), nie za bardzo przemawia do wyobraźni polityków. Wszystkie partie koalicji rządzącej (socjaliści, chadecy i Unia Wolności – ta ostatnia jest w trakcie rozkładu, właśnie utraciła klub parlamentarny) kurczowo trzymają się władzy i boją się ponownego rozdania, gdyż to skazało by je na marginalizację, a UW nawet na niebyt polityczny.
Parlament ma trzy podejścia do wyłonienia nowego gabinetu – ten proceder może trwać nawet pół roku. Koalicja utraciła właśnie większość parlamentarną, gdyż dwóch posłów UW opuściło jej klub.
Rozwiązanie parlamentu może spowodować ustawa konstytucyjna, ale opozycyjni konserwatyści nie są w stanie zebrać większości konstytucyjnej, by taka ustawę przeforsować.
Wygląda na to, iż lato w Czechach nie będzie nudne. Koalicja chce najwyraźniej państwo narazić na długi okres politycznej niepewności. Na tym skorzysta opozycja (konsewatyści, ale także komuniści), ale nie państwo.
Vladimír Petrilák
www.cepol.stosunki.pl
|